tytuły postów

piątek, 19 kwietnia 2013

Święta BN 2012r- co jeszcze mnie czeka?

Po dłuższym czasie swojego milczenia na blogu, po moich wywodach o pechowych świętach nie zauważyłem zainteresowania,  liczyłem, że nic gorszego nie może mnie już spotkać. Jakże się myliłem. Ostatnie święta przebiły wszystkie poprzednie. Jak los może być okrutny, opiszę pokrótce.
Jest czwartek 20 grudnia i zaczyna się normalny dzień przedświąteczny. Żona rano idzie po zakupy, ja przygotowywuję się do wyjazdu na rechabilitację nogi, którą uszkodziłem w lesie, przy zbieraniu grzybów.
Żona wychodzi jeszcze do piwnicy po ziemniaki i przetwory na święta. Ja wyjeżdżam z domu ok 11tej i wracam po zabiegach i załatwieniu kilku spraw ok 14tej. Żona leży na wersalce, mówi abym dokończył obiad, bo ona trochę źle się poczuła, wzięła tabletki przeciwbólową i rozkurczową, a boli ją w okolicy woreczka żółciowego promieniująco do kręgosłupa, oraz ma torsje. Podejrzewaliśmy woreczek na który nieraz się skarżyła, ale jeszcze nie wymagał opercji. Po południu kilka razy wychodziła do łazienki, przygotowałem jej napary z rumianku, no-spę, rapacholin, gdyż tak wyczytałem w internecie, lecz jej żołądek nie przyjmował ani płynów, ani tabletek. Chciałem wezwać pogotowie, ale zdecydowanie odmówiła i obiecała rano iść do lekarza. Zaopatrzyłem ją noc w potrzebne przedmioty, położyłem się w drugim pokoju, oglądałem telewizję dosyć długo. Idąc spać zajrzałem do niej i stwierdziłem, że śpi sam też się położyłem spać w drugim pokoju.
Około pierwszej w nocy obudził mnie huk i wyskoczyłem z pokoju. Zobaczyłem zemdloną żonę leżącą na podłodze. Zacząłem ją cudzić wodą z łazienki, nabierając wodę w garść, a gdy poprosiła o więcej, chlusnąłem jej większą ilość, garnuszkiem wody, który przyniosłem z kuchni. Nic więcej sam nie mogłem zrobić. Cudząc jednocześnie dzwoniłem po sąsiadkę, którą po kilku minutach dobudziłem i za chwilę przyszła. w tym czasie wezwałem  pogotowie, które przyjechało po ok. 35minutach(10 km,czarne drogi, puste ulice). W tym czasie żona przychodziła do siebie. Przy naszej pomocy usiadła i przenieśliśmy ją na wrsalkę, przygotowaliśmy jej rzeczy do szpitala. Pogotowie na szczęście przyjechało z lekarką i gdy żona ich zobaczyła, zemdlała ponownie. Przenieśli ją z powrotem na podłogę i na dywaniku rozpoczęła się  reanimacja. Zastrzyki, kroplówki, sztuczne oddychanie na zmianę, monitor. Przez przeszło dwie godziny ratownicy i lekarka robili co mogli. Ja na to patrzyłem trzymając w obu rękach kroplówki. Lekarka widząc naszą bezsilność, poradziła wezwać księdza. Sąsiadka poleciała dzwonić na plebanię, a następnie z córką pojechały po niego, lecz dzwonkami też się nie dodzwoniły, pomimo, że mieszka tam trzech księży, żaden się nie odezwał. Według lekarki nastąpiło zatrzymanie akcji serca, mimo iż nigdy na serce nie chorowała ani się leczyła. Nie wiadomo  co było przyczyną zgonu, a na sekcję zwłok nie wyraziłem zgody, bo życia to by jej nie przywróciło, a kłoptów byłoby mnóstwo ze względu na  zbliżające się w święta. Przyjechał wezwany brat z bratową i pomogli ogarnąć ciało i rano zwłoki zostały odwiezione do chłodni a ja zostałem sam z bolącą nogą załatwiać formalności i spędzać znów samotne święta. 
Najwięcej problemów miałem z załatwieniem mszy za jej duszę, bo nie możliwe stało się spotkanie z proboszczem, a gdy dowiedział się, że ciało w porozumieniu z córką wywozimy 400km, to już z mszą żałobną wynikły kłopoty. Córka w jej miejscowości załatwiała uroczystości pogrzebowe, a ja na miejscu też miałem co robić. Moje zdrowie też wymagało lekarza lub szpitala, ale rodzinnego znającego moje choroby nie było na miejscu, więc ratowałem się czym miałem. Świeta spędziłem samotnie, jedynie krótkotrwałe odwiedziny rodziny i rozmowy z córką przez skeypa je upiększały. Pierwszy dzień po świętach pojechałem karawanem ze zwłokami podratowany jedynie lekami jakie mogli mi sprzedać w aptece bez recepty. Po pogrzebie wróciłem do pustego domu, aby załtwiać dalsze sprawy. Sylwestra i Nowy Rok spędziłem samotnie, a nad ranem zabrało mnie pogotowie, aby na SORze podreperować moje zdrowie. Obecnie po 45 latach małżeństwa uczę się żyć samotnie i dziwi mnie tylko jedno: dlaczego ludzie, którzy nie chorują prawie całe życie, a przynajmniej na choroby zagrażające, a tacy jak ja, którzy już wszystkie limity w chorobach wykorzystali muszą się dalej męczyć? Po ostatnich świętach, które spędziłem u córki przywiozłem sobie ładnego guza węzłow chłonnych na szyi i będzie to ten trzeci rak, który mnie ciągle atakuje i teraz mu się to uda skutecznie, ale za jakie cierpienia. Dowiem się tego zakilka minut, bo idę po wyrok do lekarza. Może go uprzedzić? Ale jedno życie miałem spieprzone, to spieprzyć to drugie jeśli takowe istnieje.  

wtorek, 17 stycznia 2012

Parę słów na temat moich blogów

Znudzony wolnym czasem i zachęcony przez znajomych do pisania zdecydowałem się na pisanie w sieci i mimo, że nie widzę zbytniego zainteresowania moją pisaniną, to uważam, że internet jest na tyle pojemnym śmietnikiem, że wszystko się w nim zmieści i wszyscy mogą do niego wrzucać co chcą. A dlaczego nie mógłbym i ja coś do niego dołożyć z bogatych własnych przeżyć i doświadczeń życiowych. Wiem, że większość blogerów, to młodzi ludzie i sprawy starszych ich nie interesują, lecz spotkałem się też z pozytywnymi opiniami.
Pierwsze blogi poświęciłem swoim przeżyciom związanych z moją chorobą rakową i swoimi odczuciami po wiadomości o chorobie, ale też mój stosunek do wydawało by się beznadziejnych sytuacji, którymi jakoś szczególnie się nie przejmowałem i podchodziłem do nich dosyć pogodnie i spokojnie. Tłumaczyłem sobie, że co ma być, to będzie, a ja nie jestem wyjątkiem. Starałem się w miarę spokojnie znosić cierpienie, widząc,że inni też cierpią może więcej i też znoszą to spokojnie i cierpliwie, natomiast często spotykałem ludzi, których niewielkie schorzenia urastały do niebotycznych rozmiarów i chcieli być traktowani jak ludzie, którym pierwszeństwo się należy, często kosztem innych. Najczęściej kończyło się to dla nich niezbyt korzystnie, gdyż personel zna potrzeby i grymasy pacjentów. Wiadomo, że bardzo dużo ludzi przebywa w szpitalach i cierpi, lecz pozytywne podejście do choroby pozwala lepiej ją znosić i zazwyczaj odnosi lepsze efekty, a wiara czyni cuda. Moim zdaniem każdy człowiek ma gdzieś tam zapisany swój los i czy będzie podchodził do swoje choroby negatywnie, czy pozytywnie czy negatywnie, to i tak go nie zmieni..Jednak pozytywne myślenie, pozwoli choremu i jego otoczeniu łatwiej znosić cierpienia. Przekonałem się o tym często przebywając w szpitalach i obserwując innych pacjentów.
Następne blogi kieruję do ludzi nagle i niespodzianie zmuszonych do spędzania świąt poza domem i rodziną. Wiadomo, bardzo dużo ludzi spędza samotne święta poza domem. Decyduje o tym, albo ich praca, albo ich własny wybór czy inne mniej lub bardziej przewidziane sytuacje.
Jednak najbardziej współczuję tym, którzy znajdują się w takiej sytuacji nagle i niespodzianie. Niestety, sytuacje takie zdarzają się bardzo często, czy to na skutek zdarzeń losowych, czy nagłych chorób i dotyczą one nas bezpośrednio, czy też musimy nieśc pomoc innym, lub ratować zagrożone mienie  czy zdrowie i życie. Ci, którzy niosą pomoc sobie lub innym nie mają czasu na analizę i rozpamiętywanie o mijających świętach, lecz gorzej jest tym, którzy przebywają w szpitalu, cierpią, lecz są przytomni, często samotni. A mieli takie wesołe i ciekawe plany spędzenia świąt z rodziną i bliskimi. Czasu do przemyśleń jest dużo, cierpienie też przedłuża i powiększa rozmyślenia. Dlaczego ja?

piątek, 13 stycznia 2012

Następne wesołe święta

W sierpniu 2000 roku mieszkając w małopolsce, potrzebowałem porobić badania specjalistyczne dla celów komisji ZUS i zmiany dawkowania leków nasercowych. W tym celu otrzymałem skierowanie do szpitala rejonowego w NS. Ponieważ odczuwałem bule wrzodowe żołądka, wykonano mi badania gastroskopowe żołądka z pobraniem wycinka. Badania his pat stwierdziły raka. Zostałem poddany operacji, gdzie dokonano resekcji żołądka, woreczka żółciowego, śledziony. Byłem dwukrotnie operowany, ze względu na pęknięcia szwów. Po jakimś czasie wytworzyła się przepuklina pępkowa. Do grudnia 2001 miałem kłopoty z układem pokarmowym, ale jakoś to przy pomocy leków tolerowałem.
W wigilię BN obudził mnie straszny ból brzucha. Stosowałem wszystkie dostępne środki do jego ograniczenia, lecz nic nie skutkowało, a z czasem było coraz gorzej. Miałem ciągłe wymioty i biegunki. Bałem się następne święta spędzać w szpitalu. Wieczorem trzeciego dnia świąt, żona wezwała lekarkę rodzinną, która natychmiast skierowała mnie do szpitala. Byłem osłabiony i odwodniony. Trzy dni zero jedzenia, a picie było ze mnie wyrzucane. W szpitalu zastosowano kurację wzmacniającą kroplówkami, odgórne i oddolne czyszczenie jelit. Kuracja nie przyniosła rezultatu, stwierdzono pełną niedrożność jelit i konieczność operacyjnego udrożnienia. Trwało to do 31 grudnia i w tym dniu wieczorem znalazłem się na stole operacyjnym. W nocy obudziły mnie śpiewy kolęd i Sylwestrowe odgłosy libacji, dochodzące z dalszych pomieszczeń. Stwierdziłem, że znajduję się sam na ojomie, a w ustach mam jakieś rury. Po jakimś czasie nad ranem przyszedł dyżurny lekarz, który uwolnił mnie z całej aparatury intubacyjnej. Gdy rano przybyły salowe, nakarmiły mnie zupą grysikową i herbatą, gdyż uważały, że miałem operację przepukliny i śniadanie mogę zjeść. Ja też nie wiedziałem, co na stole operacyjnym ze mną robiono. Gdy lekarz operujący dowiedział się o moim śniadaniu i oświadczył, że usunął mi 20 cm jelita, natychmiast zlecił następne płukania wnętrzności. Wieczorem przeniesiono mnie na ogólną salę. Leżałem jeszcze kilka dni na diecie, a gdy w przeddzień mojego wyjścia, nakarmiono mnie, bóle brzucha powróciły. Zrobiono jeszcze zdjęcia RTG jelit i wypisano mnie do domu. W domu wytrzymałem trzy dni, odczuwałem ból w klatce piersiowej i wcale nie mogłem się położyć. Znów lekarka pilnie skierowała mnie do szpitala na oddział wewnętrzny. Mimo pory nocnej, lekarz dyżurny, zastosował punkcję i wypompował 1,5 litra płynu z opłucnej. Następnie leczono wszystko wzmożoną kuracją antybiotykową. Leżałem jeszcze dwa tygodnie w szpitalu, ale jakoś się wykaraskałem.
autor: upaheniek

Święta w szpitalach

W 1980 roku złamałem nogę tuż nad kostką, piszczel i strzałkę. Tak mnie ortopedzi leczyli, że prawie rok miałem ją w gipsie. Najpierw złożyli ją komputerowo, a gdy nie było zrostu w półrocznym gipsie i rehabilitacji stawów po około roku złożono ją operacyjnie za pomocą płytki i śrub stalowych, które powinny być wyciągnięte po trzech latach. Mnie się jednak nie spieszyło, ale z czasem odczułem niepożądane, skutki zespolenia. Ponieważ prowadziłem własną działalność gospodarczą i miałem ograniczone, możliwości czasowe, zaniedbałem zespolenie, jednak musiałem je usunąć.
 Poprzez siostrę, która pracowała, jako pielęgniarka, umówiłem się ze znajomym chirurgiem ze szpitala górniczego w B. oddalonego o 200km od miejsca zamieszkania, na 14 grudnia 1987roku. Leczenie miało trwać 3 dni i na święta miałem być w domu. Operacja przebiegła nie najlepiej, gdyż były pewne problemy z wykręceniem śrub po tylu latach. W trzecim dniu po operacji, gdy po zdjęciu opatrunku, okazało się, ze noga zrobiła się czarna, musiałem pozostać w szpitalu na święta. Następnego dnia miałem wyjść do domu, ale rzeczywistość była inna.
 Okazało się, że na święta zostałem sam na całym oddziale. Oprócz pokarmów 3 x dziennie dostawałem po dwa antybiotyki w zastrzykach. Owszem, odwiedzała mnie dalsza i bliższa rodzina w miarę swoich możliwości, ale poza odwiedzinami byłem sam. Na szczęście intensywna terapia się powiodła i nogę udało się uratować. Ze szpitala wypisano mnie 30 grudnia, a szwagier odwiózł mnie do domu. Byłem szczęśliwy, że jestem już w domu ze swoimi i Nowy Rok powitamy razem. Byłem jednak w błędzie.
Następnego dnia serce przypomniało o sobie. Interwencja lekarza pogotowia ratunkowego nie przyniosła skutku, a wezwana powtórnie karetka, dostarczyła mnie na Ojom szpitala miejskiego w D. W 1984 przeżyłem tam zawał serca. Tym razem było lepiej, bo miałem tylko stan przedzawałowy. Jednak Sylwestra i kilka dni stycznia spędziłem pod pompami infuzyjnymi na ojomie. Cieszyłem się, że jestem na swoim terenie i miałem bliższy kontakt z rodziną.
Autor: upa heniek

środa, 14 grudnia 2011

Pamiętna Wigilia

http://upatruje.blogspot.com/

Był 1974rok, w którym to roku nastąpiła reorganizacja Miejskich Zakładów Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej na Powiatowe Branżowe, które swoją działalnością obejmowały pięć miast powiatu D. Po reorganizacji otrzymałem ofertę pracy, jako główny mechanik w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej w B. Przedsiębiorstwo otrzymało zarządzanie infrastrukturą miast, ogrodnictwami, hotelami miejskimi i nieczystościami stałymi wraz z wysypiskiem śmieci.
Ponieważ był wakat stanowiska dyrektora technicznego, cały nadzór nad urządzeniami technicznymi znajdował się mojej kompetencji i za jego funkcjonowanie byłem odpowiedzialny, mimo że każda jednostka miała swoich kierowników.
Między innymi przejęliśmy też budujące się jeszcze nowe ogrodnictwo znajdujące się na przedmieściach D. Było to 1ha pod szkłem, produkujące już kwiaty (gerbery, goździki) i warzywa. Całość ogrzewana była prowizoryczną kotłownią składającą z trzech kotłów parowych, które umieszczono w prowizorycznym budynku. Z kotłownią było wiele kłopotów, gdyż kabel zasilający kotłownię w energię elektryczną nie wytrzymywał obciążeń. Ponieważ inwestycja była w toku, pion techniczny firmy postanowił zmienić zasilanie przed zbliżającą się zimą. Załatwiono wykonawcę robót, a pracę wyznaczono na dzień wigilii BN. Nie ingerowałem w wykonanie zadania, ale jako przyjmujący obiekt do eksploatacji byłem obecny przy prowadzonych robotach, nie sprawdzałem którędy poprowadzono kabel zasilający. Około 14,oo zakończono prace. Po złożeniu życzeń współpracownikom i tradycyjnym śledziku rozjechaliśmy się do domów.
Cieszyłem się zbliżającymi się świętami i wigilią, którą mieliśmy spędzić u teściów na wsi oddalonej ok. 10km wraz z małymi wówczas dziećmi, dla których była to wymarzona frajda. W takim przypadku żona nie robiła w domu żadnych wigilijnych przygotowań do kolacji.
Wracając z pracy ok. 15 tej, gdy podchodziłem pod swój blok, podjechał na motorowerze  kierownik ogrodnictwa, oświadczając mi, że znów nastąpiła awaria zasilania i musi wygasić piece, Nie mogłem w to uwierzyć, ale zdałem sobie sprawę, czym to grozi i jakie możemy ponieść straty, jeżeli nie zabezpieczymy ciepła roślinom, a zbliżała się mroźna noc.
Podszedłem parę kroków do domu, powiadomiłem o sytuacji żonę, poleciłem jej zabrać dzieci i pojechać na wigilię, a ja miałem dojechać później. Była wściekła, ja też. Nie bardzo wierzyłem, że uda mi się dojechać na wigilię, gdyż nie miałbym, czym dojechać, a niewiadomy był termin usunięcia usterki. Złapałem pajdę chleba  i pobiegłem ratować plony.
W tym czasie nie było tel. komórkowych, domowe też niewielu miało. Ludzie porozjeżdżali się na święta, nie mogłem nikogo z pracowników zastać, wiele adresów pracowników nie znałem. Brygada, która wykonywała roboty elektryczne była z innego odległego miasta. Udało mi się ubłagać prywatnie elektryka z ZE, o pomoc. Elektryk, dyżurny palacz ogrodnictwa, jakiś pracownik, kierownik ogrodnictwa i ja, przystąpiliśmy do usuwania awarii, które trwało do późnych godzin wieczornych. Wymieniliśmy nowy kabel zasilający, który niedawno założyli elektrycy, na poprzedni posiłkując go nowym. Była to prowizorka, która całą zimę się sprawdzała. Szczęście, że mogliśmy się podłączyć do rozdzielni znajdującej się w sąsiedniej zajezdni autobusowej. Po wszystkim okazało się, że wykonujący rano prace elektrycy, wieszając kabel elektryczny, owinęli go koło blaszanego komina odprowadzającego spaliny z kotłów. Gdy kotły były wygaszone i komin był zimny, wszystko było w porządku, po napaleniu opaliła się izolacja i nastąpiło zwarcie. Duże szczęście, że prąd nie poraził obsługi pieca. Często głupota ludzka nie zna granic, a cierpią na niej inni. Nie mieliśmy czasu się wtenczas zastanawiać się nad tym, ratowaliśmy jak strażacy dobytek.
Około 21,oo wróciłem wykończony do pustego domu. Żona z dziećmi pojechała na wigilię do swoich rodziców, ja o tej porze nie miałem, czym dojechać, a zresztą nie miałem już na to sił. Byłem wyziębnięty, głodny, i potwornie zmęczony. W domu nie znalazłem nic z potraw wigilijnych, więc jedynym wyjściem było zacząć potrawy świąteczne. Dopiero posiłek  i kilka kieliszków spowodowało odprężenie i ulgę. Jednak poczułem żal, że tak świetnie zapowiadająca się wigilia była taka smutna i samotna. W moim życiu nie była to pierwsza wigilia poza domem i bez rodziny. Przeżyłem takie w wojsku, ale tamte odczuwało się inaczej, bo były planowane. Nie spodziewałem się wówczas, ze jeszcze gorsze przeżyję. Przysnąłem przed telewizorem i dopiero obudziła mnie żona, gdy przyjechała ostatnim autobusem około 23,3o, bez dzieci, bo one posnęły wcześniej u dziadków. Już bardzo długo tą wigilię pamiętam i na zawsze utkwiła mi w pamięci.
W tym przedsiębiorstwie pracowałem jeszcze jakiś czas, proponowano mi nawet stanowisko z-cy dyrektora ds. technicznych z warunkiem przystąpienia do PZPR, ale gdy nie wyraziłem na to zgody, przyjęto nowego, który opracowując zakres moich obowiązków, włączył w nie też swoje. Nie mogłem tego zaakceptować i odszedłem z firmy nie przyjmując warunków.
 autor: upaheniek (na podstawie własnych przeżyć)



To trzeba przeżyć

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie obejrzany program telewizyjny i przeżycia ludzi dotkniętych chorobą nowotworową, oraz wspomnienia wywołane przeglądem mojej teczki chorobowej, na którą natknąłem się przy porządkowaniu starych dokumentów.
Jednak ja miałem w życiu dużo szczęścia, że pomimo dwukrotnego stwierdzenia u mnie choroby rakowej, jeszcze żyję, a tym bardziej że jestem świadom komu to zawdzięczam.
Jest to moim zdaniem ciekawa historia i świadczy o tym jak o naszym życiu jednak Ktoś decyduje.
Moje zdrowie od początku nie wyglądało najlepiej. Urodziłem się z powiększoną lewą komorą serca, przebyłem w młodości katar jelit w leczeniu, którego lekarze byli bezsilni, a wyleczyłem się z niego sam przez czysty przypadek.
Poważniejsze kłopoty zaczęły się 1980 roku, kiedy złamałem nogę (piszczel i strzałkę prawej nogi) i jej leczenie trwało 2 lata w tym prawie rok w gipsie. Dwa razy była składana i do tej pory sprawia mi problemy, bo kość piszczelowa nadal jest dwóch częściach.
W tym czasie od 1976 prowadziłem własną działalność gospodarczą w dziedzinie hydrauliki, po wypadku musiałem zmienić profil działalności i zacząłem produkcję części samochodowych.
W roku 1984 w czasie instalacji maszyn w nowym lokalu produkcyjnym uległem dosyć poważnemu zawałowi serca, gdzie na drugi dzień gdy odzyskałem przytomność, czuwająca całą noc przy mnie pielęgniarka, była wielce zdziwiona, że jeszcze wróciłem na ten świat, gdyż przy ówczesnym wyposażenia szpitala powiatowego niewiele na to wskazywało.
Skutki zawału odczuwam do dzisiaj, a w początkowym okresie z powodów sercowych często musiałem przebywać w szpitalach, ale pracować też ciężko musiałem, gdyż jako prywaciarzowi nikt nic nie dał, a według innych to prywaciarzom leciało wszystko z góry.
Wiosną 1987 czułem się bardzo źle, ale w związku ze swoją działalnością produkcyjną musiałem pojechać na targi rzemiosła do Poznania, gdzie podpisywało się kontrakty na swoje wyroby.
 Lekarz do którego udałem się przed wyjazdem dał mi skierowanie na badania laboratoryjne i odradził mi samodzielnego wyjazdu. Pojechałem więc ze swoim pracownikiem, a po powrocie zrobiłem badania. Gdy udałem się do niego i je zobaczył ( OB. 140/152) natychmiast wysłał mnie do lekarza u którego leczyłem się prywatnie na choroby sercowe, a był on ordynatorem oddziału wewnętrznego szpitala powiatowego. On natychmiast odesłał mnie na oddział i położył na sali intensywnej opieki, gdyż inne łóżka były zajęte.
Przez miesiąc czasu przechodziłem najrozmaitsze katorgi, wszystkie dostępne w owym czasie badania, wożono mnie do szpitali wojewódzkich, a gdy czułem się trochę lepiej zalecił prywatne badanie USG, gdyż tylko takie było możliwe w tak krótkim czasie. Wyniki badania potwierdziły jego diagnozę i otwarcie potwierdził, że podejrzewa, a raczej jest pewny raka trzustki i on w swoim zakresie nie jest mi w stanie nic więcej pomóc.
Zawał serca przeżyłem nieświadomy zagrożenia życia, tu miałem wyrok śmierci wypisany na karcie informacyjnej.
Co się w takiej chwili czuje zrozumieją to tylko Ci, którzy to przeżyli. Ścięło mnie to z nóg, ale należę do optymistów i cieszyło mnie to, że udało mi się jakoś przeżyć te 43 lata, które nie były też tylko kolorowe, coś tam po mnie zostanie, a Bóg da to jakoś to będzie. Wiedziałem że operacja trzustki na owe czasy raczej nie ferowała wiele szans na przeżycie, ale człowiek zawsze próbuje się ratować.
Udało mi się prywatnymi drogami dostać do Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach Ligocie, nie było to łatwe, ale się udało. W tym czasie była to nowa placówka medyczna, ale już uznana i posiadali tam nowoczesny sprzęt diagnostyczny jak na tamte lata. Był tam wdrażany program leczenia raka trzustki tzw. Chyba PC 12 i dostałem się w poczet jego pacjentów, traktowano mnie jako królika doświadczalnego i każdy kto chciał z lekarzy-badaczy ciągnął ze mnie tyle krwi ile mu było potrzebne do badań. Przeszedłem wszystkie możliwe badania na całym posiadanym prze nich sprzęcie, od czasu do czasu musiałem też coś zjeść, jeżeli nie kolidowało to z zaplanowanymi badaniami, ale były to przeważnie zimne dietetyczne, bezsmakowe dania.
Pod koniec leczenia diagnostycznego odwiedziła mnie moja matka wraz z częścią rodzeństwa, którzy mieszkają w małej rodzinnej mojej miejscowości w Małopolsce w której znajduje się mała kapliczka z figurką i wizerunkiem Jezusa Frasobliwego. Z ową kapliczką, obecnie już połączoną nowym kościołem, od lat wiążą się wspomnienia udzielanych obfitych łask Bożych, doznanych przez okolicznych mieszkańców, jak też doznanych przez o nie proszących.
Kapliczka ściśle wiązała się z moim dzieciństwem i o jej miłosierdziu byłem i jestem przekonany. Po swoich problemach zdrowotnych tym bardziej się w tym umocniłem. Moja matka zawierzyła moje życie Jezusowi Frasobliwemu, gdyż jej wiara w Niego była wiele silniejsza od mojej.
Byłem już wytypowany do operacji trzustki, wraz dwójką innych pacjentów, ale ostatnie słowo należało do ordynatora oddziału prof. Nowaka i (dwa dni po wizycie mojej rodziny), zaadresowani na oddział operacyjny, kiedy jak skazańcy staliśmy w trójkę pod gabinetem profesora, On po przeglądzie dokumentacji lekarskiej, odrzucił moją kandydaturę do operacji, zalecił jakieś dodatkowe badania i leczenie na oddziale i ja jeden z tej trójki żyję.
Po około dwutygodniowym leczeniu wróciłem prawie zdrowy do domu. Jeszcze przez kilka lat jeździłem na badania kontrolne do Ligoty, a gdy po około 4 latach nie stwierdzili zmian zrezygnowałem z dalszych badań.
Okres tej choroby ciężko odczułem psychicznie, ale przekonałem się że jest Ktoś, kto prowadzi nas przez życie, dalsze dwa podobne przypadki umocniły mnie w moim przekonaniu, o czym w najbliższym czasie napiszę.  
                                               autor: upaheniek       

Dziwne drogi życia

Dziwne drogi życia.
Jak wcześniej pisałem, po przebytej chorobie i doświadczeniach przeżytych w szpitalach, moje zdrowie częściowo się poprawiło, ale nie było aż tak dobrze. Moje OB. Wynosiło jeszcze  130/80, waga 59 kg, inne wyniki też nie były najlepsze. Osłabiony organizm, sprawił, że pojawiły się nowe choroby, związane z operacją nogi, a ponieważ siedem lat nosiłem stalową płytkę zespalającą złamanie nogi, trzeba było ją usunąć. Usunięcie płytki podjął się lekarz ze szpitala górniczego w Bytomiu w przedświątecznym tygodniu grudnia 87r, z zapewnieniem, że na święta będę w domu. Niestety nastąpiły powikłania i do domu wróciłem przed Sylwestrem, jednak  w Sylwestra zabrało mnie pogotowie  w związku z ostrym atakiem serca i drugą  część świąt spędziłem na ojomie w szpitalu w swoim mieście.
1988 był już trochę korzystniejszym dla mnie rokiem, więc od wiosny przystąpiłem do nadbudowy części mieszkalnej nad istniejącym nowym zakładem.
Jak się w tych latach budowało? Bardzo ciężko. Nic nie można było dostać z materiałów budowlanych były niskiej jakości, a ich zdobycie graniczyło wprost z cudem.
Wiosną 1999 r zamieszkaliśmy z rodziną już w nowym domu, a syn który w tym czasie się ożenił, pozostał w naszym byłym mieszkaniu, gdyż woleli mieszkać w mieście niż na wsi oddalonej 7 km od miasta.
Budowa nadszarpnęła moje zdrowie i odezwały się nowe choroby.
Reforma Balcerowicza spowodowała zamieszanie i kłopoty wielu firm, ograniczenia produkcyjne. Nagle okazało się że wszystkiego jest na rynku za dużo. Firmy produkujące takie wyroby jak moje dla producentów samochodów, nagle straciły swoich, a zdobyły moich odbiorców, rywalizując cenami, gdyż swoje wyroby sprzedawali taniej, niż  dla mnie surowiec w który się wcześniej u nich zaopatrywałem, a ceny walut eliminowały import surowca z zagranicy.
Zaistniała sytuacja i pogarszające warunki zdrowotne spowodowały, że zmusiło mnie to do przejścia na rentę drugiej grupy z całkowitym zakazem pracy, którą utrzymałem do przejścia na emeryturę.
Mimo to próbowałem zmienić profil produkcji, utworzyliśmy spółkę z kolegą, lecz problemy ze znikającymi firmami zalegającymi z płatnościami, częste pobyty w szpitalu związane z pogarszającym się zdrowiem musiały spowodować następną plajtę.
 Brak środków do życia i utrzymania domu nie mogła pokryć  moja skromna renta i zasiłek z bezrobocia żony a oszczędności już dawno nie istniały.
Dlaczego o tym piszę? Inni mieli może jeszcze gorzej?
Nie opisywałbym tego wszystkiego gdybym  w dalszym moim życiu nie dostrzegł interwencji Boskiej, a zwłaszcza Jezusa Frasobliwego ze Strzygańca.
Był maj 1994 gdy parafię gdzie mieszkaliśmy nawiedzał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Byłem zaangażowany przy organizacji uroczystości peregrynacji, a ponieważ w tym dniu kończyłem 50 lat, otrzymałem błogosławieństwo biskupa z tej okazji.
Na moją  pięćdziesiątkę przyjechał mój najmłodszy brat z rodziną,, a bratowa wręczyła mi obraz Jezusa Frasobliwego Łaskami Słynącego ze Strzygańca, ze słowami że” On sprowadzi mnie w rodzinne strony.”
Nigdy o tym nie myślałem nawet  w snach i nie miałem zamiaru powrotu w rodzinne strony.

Z rodzinnego domu wyjechałem 36 lat temu, po szkole podstawowej jako 14latek  tułałem się po Polsce i wydawało mi się to niemożliwe. Z ziemią dolnośląską byłem związany od 21 roku życia gdy wyjechałem do wojska do jednostki w Kłodzku. Niezbyt daleko się ożeniłem, tu miałem rodzinę. Dzieci szkoły, pracę, ja teściów, nowy dom i perspektywy.
 Za rodzinnymi stronami trochę tęskniłem, miałem tam większość rodziny, często ich odwiedzałem, matkę, ale nic mnie więcej nie wiązało i nie widziałem tu dla siebie i mojej rodziny żadnych szans, zwłaszcza że czułem się zakorzeniony w swoim obecnym środowisku. Słowa matki potraktowałem jako pobożne życzenia starszej osoby, która ciągle narzekała dlaczego tak daleko od niej mieszkam.
Do całej sprawy podszedłem bardzo lekko i praktycznie o niej zapomniałem.
Z biegiem lat moje  serce i inne schorzenia nasilały się, nie mogłem podołać z utrzymaniem dużego domu i nieczynnego warsztatu, dzieci założyły swoje rodziny i poszły swoimi drogami, a mnie zaczęli namawiać do sprzedaży całego mojego dorobku życia.
Dom wymagał nakładów, jego obsługa pochłaniała resztki zdrowia, a gliceryna i inne leki były w użytku, nawet przy ładowaniu opału do pieca lub dojściu do samochodu. Pobyty w szpitalu i stosowane leki przynosiły mierne efekty.
Zmuszony sytuacją dałem ogłoszenie o sprzedaży domu i po 4 latach znalazł się kupiec oraz możliwość rozliczenia z mieszkaniem w wieżowcu w mieście. Miałem też inne oferty mieszkań na miejscu.  Znalazłem jednak w gazecie ogłoszenie o sprzedaży małego domku w okolicy N. Sącza, które z pewnych względów nie wypaliło, ale przy okazji zobaczyłem też kilka ofert z okolicy i jedno w mojej rodzinnej miejscowości na które namawiała mnie rodzina.
Zdałem się w tej sprawie na decyzję żony i jeśli jej się spodoba, to je kupimy. Tak też się stało.
Jesienią  1998 kupiliśmy mieszkanie, po wyremontowaniu już na święta mieszkaliśmy w małopolskim, a nasza rodzina pozostała w dolnośląskim.
O słowach matki przypomniałem sobie dopiero przy rozpakowywaniu rzeczy przywiezionych z zachodu, gdy natknąłem się na otrzymany 4 lata wcześniej obraz- podarunek od matki.
Czy dobrze zrobiłem?  Nie wiem. Ale wydaje mi się że dzięki tej przeprowadzce jeszcze ciągle żyję.
Tam chodzący trup z perspektywą przeżycia może już tylko kilka miesięcy nagle w nowych terenach odżyłem. Tu też zdałem sobie sprawę z zasłyszanych wcześniej opinii niektórych mieszkańców autochtonów, że Niemcy też w tych okolicach nie mieszkali i zmieniali je co ok. 25 lat.
Co zyskałem na przeprowadzce?
Oprócz 13lat dodatkowego życia, niewiele.
Zdążyłem w tym czasie przeżyć RRRRRRRRaka, kilka operacji, i prawie 8 lat pracy, bardziej dla przyjemności niż zysku oraz inne ciekawe przeżycia, które zaistniały w tym okresie.
Ale o tym w najbliższym czasie.
                                               autor:upaheniek

Do trzech razy sztuka

Gdy podzieliłem się nowiną z rodziną i posłuchałem opinii na temat miejscowego  szpitala, zacząłem poszukiwać jakiejś lepszej placówki. Dzięki pomocy znajomych i rodziny dotarłem do kliniki UJ w Krakowie i w ostatnim dniu, ważności skierowań do przychodni przyklinicznej od lekarzy rodzinnych, udało mi się zostać za kilka dni przyjętym do leczenia.
Czekając na przyjęcie, zaliczyłem jeszcze prywatną konsultację profesorską w innej klinice prywatnej, ale potwierdziła ona wcześniejszą diagnozę.
Fizycznie w tym czasie czułem się dobrze, ale psychicznie lepiej nie mówić, chociaż robiłem dobrą minę do złej gry.
Przygotowując mnie do  operacji, wykonano mi szereg specjalistycznych badań, gdyż jako jedna z lepszych klinik w Polsce posiada wszelki możliwy sprzęt diagnostyczny, a na dodatkowe badania koronografii układu krążenia przewieziono mnie do sąsiedniej kliniki kardiologicznej. Było konieczne wykonanie takich badań ze względu na stan mojego serca. Koronoplastyki nie wykonano ze względu na konieczność pilnej operacji żołądka.
Operację wykonał osobiście szef, czyli prof. X. Powycinał mi większą część żołądka, woreczek żółciowy bo był obciążony kamieniami, śledzionę- nie wiem dlaczego i coś tam jeszcze.
Po operacji kilka dni leżałem na Ojomie, a potem na pooperacyjnej. Za jakiś czas zaczęto ściągać szwy, a w dniu kiedy miałem być wypisany do domu, przy zdejmowaniu ostatnich szwów szycie  pękło i jelita wypłynęły. Wstrzymano wypis, pęknięcie ściśnięto bandażem, a po południu znów na stół do cerowania, Ranę zszyto ponownie, pościągali brzuch żyłkami i zaciskaczami i znów na Ojom. Drugim razem trzymali mnie dłużej, aż szwy się zagoiły.
W czasie pobytu w klinice, za moją ścianą zmarła minister zdrowia Cegielska. Leżałem na sali z byłym ministrem budownictwa Paszkowskim, a co się napatrzyłem na cierpienia innych pacjentów, to się naprawdę czułem szczęśliwy, ze tylko tyle cierpię.
Pobrane  próbki na badania hispat, nie wykazały obecności komórek rakowych i nie musiałem brać żadnej chemii.
Po powrocie do domu w miejscu szwu zrobiła  się przepuklina pępkowa. Kilka lat jeździłem na badania kontrolne (co kilka miesięcy) do poradni przyklinicznej. Dieta, i aplikowane leki nie skutkowały i kłopoty  brzuszne mnie nie opuszczały zwłaszcza jelita grubego, którego badania wykazały przewężenia długo-odcinkowe.
Można by to podobno zniwelować, ale tylko poprzez resekcję jelita grubego i sztuczny odbyt.
Na to się nie zdecydowałem, więc cierpię nadal i nie mam zamiaru umierać całkiem pusty w środku
Do grudnia 2001 lizałem rany po ostatnich przeżyciach, załatwiałem też sprawy rentowe, gdyż w dniu kiedy miałem operację w Krakowie, miałem się też stawić na komisję ZUS.
Pomimo dostarczonego zaświadczenia o operacji rentę mi zabrano i dopiero na wskutek odwołania do komisji wojewódzkiej  ją odwieszono.
W wigilię rano obudziłem się ze strasznym bólem brzucha i cały dzień strawiłem na poszukiwaniu środków do jego usunięcia lub jego ograniczenia. Żadnej pomocy nie mogłem się jednak spodziewać, wiadomo święta. Zona początkowo podejrzewała, że symuluję, aby zbojkotować świąteczne jedzenie, ale widząc jak napełniam wiadro zwrotami, wieczorem w drugi dzień świąt wezwała lekarkę rodzinną, która wezwała pogotowie i skierowała mnie natychmiast do szpitala.
Trzy dni zero jedzenia, tylko trochę wody, którą natychmiast zwracałem, totalne odwodnienie, półprzytomny.
W szpitalu kroplówki, czyszczenie od dołu i góry, bezskutecznie. Diagnoza- 100% niedrożność jelita, zalecenia-natychmiastowa operacja.
Chciałem aby odesłano mnie do kliniki w której wcześniej miałem operacje, ale okazało się to niemożliwe.
Dostałem wybór: albo natychmiastowa operacja, albo wypis do domu w stanie w jakim byłem. Optowałem za wypisem, bo doszedłem do wniosku, że i tak za długo żyję, a cierpień to już doznałem wystarczająco.
Jednak personel oddziału namówił mnie na operację, mnie już było wszystko jedno i po południu w Sylwestra byłem na stole operacyjnym.
Po operacji obudziłem się zaintubowany na Ojomie. Że jeszcze jestem na tym świecie, zorientowałem się, słysząc śpiewy sylwestrowe po polsku i Polskie kolędy dochodzące od rozbawionego personelu na Ojom. Rano salowe roznosząc śniadanie, zastanawiały czy zasługuję na nie, czy zostawić mi jakąś mleczną zupę i herbatę w garnuszkach, ale doszły do wniosku, że po operacji przepukliny mogę później zjeść śniadanie. Ja też nie pamiętałem czego mi brakuje w środku. Po odjęciu rur, łapczywie skonsumowałem co było. Oczywiście to odcierpiałem.
Po Nowym Roku przeniesiono mnie na inną salę i dopiero wtedy dowiedziałem się, że mam jelito skrócone o 30 cm.
Po tygodniu wypisywano mnie do domu, ale po tygodniowej przerwie w konsumpcji, ból brzucha powrócił, wypisano mnie jednak do domu we wtorek, a w czwartek wieczorem pogotowie zabrało mnie z powrotem do szpitala, tylko już na inny oddział. Okazało się że nagromadził  się płyn w otrzewnej i naciska na przeponę i serce, które do rana nie znalazło by miejsca swojej pracy. Natychmiast lekarz dyżurny wypompował przeszło 1,5 litra płynu z otrzewnej. Potem to już tylko trzy razy dziennie antybiotyki.
W czasie mojego pobytu w szpitalu traktowano mnie jak notorycznego Rakowca i dziwiono się, że jeszcze żyję, a po dwóch latach będąc przypadkiem w szpitalu, przechodzący lekarz, który wykonywał mi operację jelita, aż przystanął ze zdziwienia na mój widok, że jeszcze żyję.
Po opuszczeniu szpitala też prawie pół roku dochodziłem do siebie, ale jeszcze zafundowałem sobie koronoplastykę i poprawiło to trochę moje relacje z sercem. Kłopoty gastryczne jak miałem, tak mam nadal i byłbym bardzo zdziwiony gdyby mnie nic nie bolało. Jadam mało i niskokalorycznie, bo większości pokarmów mój organizm nie toleruje, a to jest zgodne z wysokością mojej emerytury.
Z moją przepukliną też się zaprzyjaźniłem i jest ona dla mnie bardzo wygodna, bo konsumując coś nie muszę korzystać ze stołu, a i tak pojemnik z piciem mam na czym postawić.
Lekarzy szanuję, ale wolę ich z daleka omijać i jedyne z nimi spotkania, to przy wypisywaniu leków, i ich zmianie jeżeli taka potrzeba zachodzi.
Nie podaję nazw szpitali w których się leczyłem, zwłaszcza tych rejonowych ani też nazwisk lekarzy, bo mógłbym narazić się na czyjąś negatywną reakcję, a uważam że licho nie śpi, jednak gdyby ktoś był zainteresowany to indywidualnie mogę udostępnić posiadaną dokumentację na opisane leczenia.   
Od tych zdarzeń mija prawie dziesięć lat i w tym czasie tylko raz byłem w szpitalu, aby zdiagnozować serce i dostosować do niego lekarstwa, a z nudów znalazłem sobie pracę stosowną do moich możliwości i przepracowałem prawie 8 lat w ubezpieczeniach, co sprawiało mi frajdę, zwłaszcza kontakt z ludźmi, a pozwalało zapomnieć o chorobach. Ostatnio poczułem się już zmęczony i szukam dla siebie zajęcia, aby nie rozmyślać o tym, co mnie boli, zrobić mały remanent życia i podzielić się nim z innymi.
Uważam jednak, że powinienem wrócić do spraw, które rozpocząłem przed ostatnią chorobą i jeśli uda mi się to zrobić, to mój przyjaciel zaatakuje mnie po raz trzeci i ostatni już skutecznie.
                                         autor: upaheniek     

wtorek, 10 maja 2011

W rodzinnych stronach

Po zamieszkaniu w nowym miejscu, zacząłem organizować sobie życie od nowa. Nie bardzo wiedziałem co z sobą zrobić. Nowe środowisko,  prawie obcy mi ludzie, zimę spędziłem na adaptacji się do nowych warunków i co zauważyłem. Moje zdrowie, a zwłaszcza sercowe uległy diametralnej poprawie. Ograniczyłem zażywanie wcześniej nieodzownych leków, nitroglicerynę odrzuciłem całkowicie o czym wcześniej było nie do pomyślenia.
Poważnie myślałem o podjęciu pracy, chociaż do przejścia na wcześniejszą emeryturę już mi niewiele brakowało, a o jakąkolwiek pracę nie było co marzyć przy ówczesnym bezrobociu.

!999 i połowa 2000 upłynęła mi na szukaniu zajęcia dla siebie, kupiłem stary komputer, próbowałem się uczyć na nim pisać i obsługiwać go, chociaż nigdy nie mogłem nauczyć się pisać  na maszynie do pisania. Finansami zbytnio się nie przejmowałem, gdyż po sprzedaży domu i skromnej rencie jakoś na życie starczało, a liczyłem na to że wcześniej, czy później jakąś pracę  uda mi się znaleźć.
 W tym czasie najbardziej nurtowała mnie myśl: „Dlaczego i w jakim celu tu się znalazłem?”, praktycznie wbrew swojej woli.
Widocznie Pan Jezus Frasobliwy miał swoje plany wobec mojej skromnej osoby.
Zrozumiałem to jako polecenie, aby rozsławić To Miejsce, poznać Jego Łaski, którymi hojnie obdarzał okolicznych ludzi którzy Mu zaufali już od zamierzchłych czasów.
Okres ten w dużej mierze poświęciłem na studiowaniu  historii Tego Miejsca, docierały do mnie przekazy pisemne, zdjęcia, wypowiedzi ludzi, którzy doznali Łask, lub zasłyszeli je od najbliższych, większość z nich już nie żyje, nagrywałem też niektóre rozmowy. Wiem też, że istnieją też inne opracowania na ten temat.
Ponieważ jesienią 2000 roku, kończyła się moja renta okresowa, lekarz rodzinny skierował mnie do szpitala powiatowego aby wykonano mi niezbędne badania potrzebne na komisję ZUS.
Wśród innych badań wykonano mi badania gastroskopowe żołądka gdzie wynikiem z dnia 25-08-2000 stwierdzono „ Ulcus ventriculi „ Obraz zmian sugeruje raka wczesnego.
Lekarka wydająca mi ten wynik i informując mnie o sytuacji, od razu zaprowadziła mnie na oddział chirurgii miękkiej gdzie ustalono mi termin operacji na 13-10-2000r , wynik odbierałem po połowie września.
Czułem się w tym momencie wwwwwwwwwwwniebooowzięty!!!?
Ciąg dalszy nastąpi. 
                                            autor: upaheniek