tytuły postów

środa, 14 grudnia 2011

Dziwne drogi życia

Dziwne drogi życia.
Jak wcześniej pisałem, po przebytej chorobie i doświadczeniach przeżytych w szpitalach, moje zdrowie częściowo się poprawiło, ale nie było aż tak dobrze. Moje OB. Wynosiło jeszcze  130/80, waga 59 kg, inne wyniki też nie były najlepsze. Osłabiony organizm, sprawił, że pojawiły się nowe choroby, związane z operacją nogi, a ponieważ siedem lat nosiłem stalową płytkę zespalającą złamanie nogi, trzeba było ją usunąć. Usunięcie płytki podjął się lekarz ze szpitala górniczego w Bytomiu w przedświątecznym tygodniu grudnia 87r, z zapewnieniem, że na święta będę w domu. Niestety nastąpiły powikłania i do domu wróciłem przed Sylwestrem, jednak  w Sylwestra zabrało mnie pogotowie  w związku z ostrym atakiem serca i drugą  część świąt spędziłem na ojomie w szpitalu w swoim mieście.
1988 był już trochę korzystniejszym dla mnie rokiem, więc od wiosny przystąpiłem do nadbudowy części mieszkalnej nad istniejącym nowym zakładem.
Jak się w tych latach budowało? Bardzo ciężko. Nic nie można było dostać z materiałów budowlanych były niskiej jakości, a ich zdobycie graniczyło wprost z cudem.
Wiosną 1999 r zamieszkaliśmy z rodziną już w nowym domu, a syn który w tym czasie się ożenił, pozostał w naszym byłym mieszkaniu, gdyż woleli mieszkać w mieście niż na wsi oddalonej 7 km od miasta.
Budowa nadszarpnęła moje zdrowie i odezwały się nowe choroby.
Reforma Balcerowicza spowodowała zamieszanie i kłopoty wielu firm, ograniczenia produkcyjne. Nagle okazało się że wszystkiego jest na rynku za dużo. Firmy produkujące takie wyroby jak moje dla producentów samochodów, nagle straciły swoich, a zdobyły moich odbiorców, rywalizując cenami, gdyż swoje wyroby sprzedawali taniej, niż  dla mnie surowiec w który się wcześniej u nich zaopatrywałem, a ceny walut eliminowały import surowca z zagranicy.
Zaistniała sytuacja i pogarszające warunki zdrowotne spowodowały, że zmusiło mnie to do przejścia na rentę drugiej grupy z całkowitym zakazem pracy, którą utrzymałem do przejścia na emeryturę.
Mimo to próbowałem zmienić profil produkcji, utworzyliśmy spółkę z kolegą, lecz problemy ze znikającymi firmami zalegającymi z płatnościami, częste pobyty w szpitalu związane z pogarszającym się zdrowiem musiały spowodować następną plajtę.
 Brak środków do życia i utrzymania domu nie mogła pokryć  moja skromna renta i zasiłek z bezrobocia żony a oszczędności już dawno nie istniały.
Dlaczego o tym piszę? Inni mieli może jeszcze gorzej?
Nie opisywałbym tego wszystkiego gdybym  w dalszym moim życiu nie dostrzegł interwencji Boskiej, a zwłaszcza Jezusa Frasobliwego ze Strzygańca.
Był maj 1994 gdy parafię gdzie mieszkaliśmy nawiedzał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Byłem zaangażowany przy organizacji uroczystości peregrynacji, a ponieważ w tym dniu kończyłem 50 lat, otrzymałem błogosławieństwo biskupa z tej okazji.
Na moją  pięćdziesiątkę przyjechał mój najmłodszy brat z rodziną,, a bratowa wręczyła mi obraz Jezusa Frasobliwego Łaskami Słynącego ze Strzygańca, ze słowami że” On sprowadzi mnie w rodzinne strony.”
Nigdy o tym nie myślałem nawet  w snach i nie miałem zamiaru powrotu w rodzinne strony.

Z rodzinnego domu wyjechałem 36 lat temu, po szkole podstawowej jako 14latek  tułałem się po Polsce i wydawało mi się to niemożliwe. Z ziemią dolnośląską byłem związany od 21 roku życia gdy wyjechałem do wojska do jednostki w Kłodzku. Niezbyt daleko się ożeniłem, tu miałem rodzinę. Dzieci szkoły, pracę, ja teściów, nowy dom i perspektywy.
 Za rodzinnymi stronami trochę tęskniłem, miałem tam większość rodziny, często ich odwiedzałem, matkę, ale nic mnie więcej nie wiązało i nie widziałem tu dla siebie i mojej rodziny żadnych szans, zwłaszcza że czułem się zakorzeniony w swoim obecnym środowisku. Słowa matki potraktowałem jako pobożne życzenia starszej osoby, która ciągle narzekała dlaczego tak daleko od niej mieszkam.
Do całej sprawy podszedłem bardzo lekko i praktycznie o niej zapomniałem.
Z biegiem lat moje  serce i inne schorzenia nasilały się, nie mogłem podołać z utrzymaniem dużego domu i nieczynnego warsztatu, dzieci założyły swoje rodziny i poszły swoimi drogami, a mnie zaczęli namawiać do sprzedaży całego mojego dorobku życia.
Dom wymagał nakładów, jego obsługa pochłaniała resztki zdrowia, a gliceryna i inne leki były w użytku, nawet przy ładowaniu opału do pieca lub dojściu do samochodu. Pobyty w szpitalu i stosowane leki przynosiły mierne efekty.
Zmuszony sytuacją dałem ogłoszenie o sprzedaży domu i po 4 latach znalazł się kupiec oraz możliwość rozliczenia z mieszkaniem w wieżowcu w mieście. Miałem też inne oferty mieszkań na miejscu.  Znalazłem jednak w gazecie ogłoszenie o sprzedaży małego domku w okolicy N. Sącza, które z pewnych względów nie wypaliło, ale przy okazji zobaczyłem też kilka ofert z okolicy i jedno w mojej rodzinnej miejscowości na które namawiała mnie rodzina.
Zdałem się w tej sprawie na decyzję żony i jeśli jej się spodoba, to je kupimy. Tak też się stało.
Jesienią  1998 kupiliśmy mieszkanie, po wyremontowaniu już na święta mieszkaliśmy w małopolskim, a nasza rodzina pozostała w dolnośląskim.
O słowach matki przypomniałem sobie dopiero przy rozpakowywaniu rzeczy przywiezionych z zachodu, gdy natknąłem się na otrzymany 4 lata wcześniej obraz- podarunek od matki.
Czy dobrze zrobiłem?  Nie wiem. Ale wydaje mi się że dzięki tej przeprowadzce jeszcze ciągle żyję.
Tam chodzący trup z perspektywą przeżycia może już tylko kilka miesięcy nagle w nowych terenach odżyłem. Tu też zdałem sobie sprawę z zasłyszanych wcześniej opinii niektórych mieszkańców autochtonów, że Niemcy też w tych okolicach nie mieszkali i zmieniali je co ok. 25 lat.
Co zyskałem na przeprowadzce?
Oprócz 13lat dodatkowego życia, niewiele.
Zdążyłem w tym czasie przeżyć RRRRRRRRaka, kilka operacji, i prawie 8 lat pracy, bardziej dla przyjemności niż zysku oraz inne ciekawe przeżycia, które zaistniały w tym okresie.
Ale o tym w najbliższym czasie.
                                               autor:upaheniek

Brak komentarzy: