tytuły postów

środa, 14 grudnia 2011

To trzeba przeżyć

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie obejrzany program telewizyjny i przeżycia ludzi dotkniętych chorobą nowotworową, oraz wspomnienia wywołane przeglądem mojej teczki chorobowej, na którą natknąłem się przy porządkowaniu starych dokumentów.
Jednak ja miałem w życiu dużo szczęścia, że pomimo dwukrotnego stwierdzenia u mnie choroby rakowej, jeszcze żyję, a tym bardziej że jestem świadom komu to zawdzięczam.
Jest to moim zdaniem ciekawa historia i świadczy o tym jak o naszym życiu jednak Ktoś decyduje.
Moje zdrowie od początku nie wyglądało najlepiej. Urodziłem się z powiększoną lewą komorą serca, przebyłem w młodości katar jelit w leczeniu, którego lekarze byli bezsilni, a wyleczyłem się z niego sam przez czysty przypadek.
Poważniejsze kłopoty zaczęły się 1980 roku, kiedy złamałem nogę (piszczel i strzałkę prawej nogi) i jej leczenie trwało 2 lata w tym prawie rok w gipsie. Dwa razy była składana i do tej pory sprawia mi problemy, bo kość piszczelowa nadal jest dwóch częściach.
W tym czasie od 1976 prowadziłem własną działalność gospodarczą w dziedzinie hydrauliki, po wypadku musiałem zmienić profil działalności i zacząłem produkcję części samochodowych.
W roku 1984 w czasie instalacji maszyn w nowym lokalu produkcyjnym uległem dosyć poważnemu zawałowi serca, gdzie na drugi dzień gdy odzyskałem przytomność, czuwająca całą noc przy mnie pielęgniarka, była wielce zdziwiona, że jeszcze wróciłem na ten świat, gdyż przy ówczesnym wyposażenia szpitala powiatowego niewiele na to wskazywało.
Skutki zawału odczuwam do dzisiaj, a w początkowym okresie z powodów sercowych często musiałem przebywać w szpitalach, ale pracować też ciężko musiałem, gdyż jako prywaciarzowi nikt nic nie dał, a według innych to prywaciarzom leciało wszystko z góry.
Wiosną 1987 czułem się bardzo źle, ale w związku ze swoją działalnością produkcyjną musiałem pojechać na targi rzemiosła do Poznania, gdzie podpisywało się kontrakty na swoje wyroby.
 Lekarz do którego udałem się przed wyjazdem dał mi skierowanie na badania laboratoryjne i odradził mi samodzielnego wyjazdu. Pojechałem więc ze swoim pracownikiem, a po powrocie zrobiłem badania. Gdy udałem się do niego i je zobaczył ( OB. 140/152) natychmiast wysłał mnie do lekarza u którego leczyłem się prywatnie na choroby sercowe, a był on ordynatorem oddziału wewnętrznego szpitala powiatowego. On natychmiast odesłał mnie na oddział i położył na sali intensywnej opieki, gdyż inne łóżka były zajęte.
Przez miesiąc czasu przechodziłem najrozmaitsze katorgi, wszystkie dostępne w owym czasie badania, wożono mnie do szpitali wojewódzkich, a gdy czułem się trochę lepiej zalecił prywatne badanie USG, gdyż tylko takie było możliwe w tak krótkim czasie. Wyniki badania potwierdziły jego diagnozę i otwarcie potwierdził, że podejrzewa, a raczej jest pewny raka trzustki i on w swoim zakresie nie jest mi w stanie nic więcej pomóc.
Zawał serca przeżyłem nieświadomy zagrożenia życia, tu miałem wyrok śmierci wypisany na karcie informacyjnej.
Co się w takiej chwili czuje zrozumieją to tylko Ci, którzy to przeżyli. Ścięło mnie to z nóg, ale należę do optymistów i cieszyło mnie to, że udało mi się jakoś przeżyć te 43 lata, które nie były też tylko kolorowe, coś tam po mnie zostanie, a Bóg da to jakoś to będzie. Wiedziałem że operacja trzustki na owe czasy raczej nie ferowała wiele szans na przeżycie, ale człowiek zawsze próbuje się ratować.
Udało mi się prywatnymi drogami dostać do Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach Ligocie, nie było to łatwe, ale się udało. W tym czasie była to nowa placówka medyczna, ale już uznana i posiadali tam nowoczesny sprzęt diagnostyczny jak na tamte lata. Był tam wdrażany program leczenia raka trzustki tzw. Chyba PC 12 i dostałem się w poczet jego pacjentów, traktowano mnie jako królika doświadczalnego i każdy kto chciał z lekarzy-badaczy ciągnął ze mnie tyle krwi ile mu było potrzebne do badań. Przeszedłem wszystkie możliwe badania na całym posiadanym prze nich sprzęcie, od czasu do czasu musiałem też coś zjeść, jeżeli nie kolidowało to z zaplanowanymi badaniami, ale były to przeważnie zimne dietetyczne, bezsmakowe dania.
Pod koniec leczenia diagnostycznego odwiedziła mnie moja matka wraz z częścią rodzeństwa, którzy mieszkają w małej rodzinnej mojej miejscowości w Małopolsce w której znajduje się mała kapliczka z figurką i wizerunkiem Jezusa Frasobliwego. Z ową kapliczką, obecnie już połączoną nowym kościołem, od lat wiążą się wspomnienia udzielanych obfitych łask Bożych, doznanych przez okolicznych mieszkańców, jak też doznanych przez o nie proszących.
Kapliczka ściśle wiązała się z moim dzieciństwem i o jej miłosierdziu byłem i jestem przekonany. Po swoich problemach zdrowotnych tym bardziej się w tym umocniłem. Moja matka zawierzyła moje życie Jezusowi Frasobliwemu, gdyż jej wiara w Niego była wiele silniejsza od mojej.
Byłem już wytypowany do operacji trzustki, wraz dwójką innych pacjentów, ale ostatnie słowo należało do ordynatora oddziału prof. Nowaka i (dwa dni po wizycie mojej rodziny), zaadresowani na oddział operacyjny, kiedy jak skazańcy staliśmy w trójkę pod gabinetem profesora, On po przeglądzie dokumentacji lekarskiej, odrzucił moją kandydaturę do operacji, zalecił jakieś dodatkowe badania i leczenie na oddziale i ja jeden z tej trójki żyję.
Po około dwutygodniowym leczeniu wróciłem prawie zdrowy do domu. Jeszcze przez kilka lat jeździłem na badania kontrolne do Ligoty, a gdy po około 4 latach nie stwierdzili zmian zrezygnowałem z dalszych badań.
Okres tej choroby ciężko odczułem psychicznie, ale przekonałem się że jest Ktoś, kto prowadzi nas przez życie, dalsze dwa podobne przypadki umocniły mnie w moim przekonaniu, o czym w najbliższym czasie napiszę.  
                                               autor: upaheniek       

Brak komentarzy: