Był 1974rok, w którym to roku nastąpiła reorganizacja Miejskich Zakładów Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej na Powiatowe Branżowe, które swoją działalnością obejmowały pięć miast powiatu D. Po reorganizacji otrzymałem ofertę pracy, jako główny mechanik w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej w B. Przedsiębiorstwo otrzymało zarządzanie infrastrukturą miast, ogrodnictwami, hotelami miejskimi i nieczystościami stałymi wraz z wysypiskiem śmieci.
Ponieważ był wakat stanowiska dyrektora technicznego, cały nadzór nad urządzeniami technicznymi znajdował się mojej kompetencji i za jego funkcjonowanie byłem odpowiedzialny, mimo że każda jednostka miała swoich kierowników.
Między innymi przejęliśmy też budujące się jeszcze nowe ogrodnictwo znajdujące się na przedmieściach D. Było to 1ha pod szkłem, produkujące już kwiaty (gerbery, goździki) i warzywa. Całość ogrzewana była prowizoryczną kotłownią składającą z trzech kotłów parowych, które umieszczono w prowizorycznym budynku. Z kotłownią było wiele kłopotów, gdyż kabel zasilający kotłownię w energię elektryczną nie wytrzymywał obciążeń. Ponieważ inwestycja była w toku, pion techniczny firmy postanowił zmienić zasilanie przed zbliżającą się zimą. Załatwiono wykonawcę robót, a pracę wyznaczono na dzień wigilii BN. Nie ingerowałem w wykonanie zadania, ale jako przyjmujący obiekt do eksploatacji byłem obecny przy prowadzonych robotach, nie sprawdzałem którędy poprowadzono kabel zasilający. Około 14,oo zakończono prace. Po złożeniu życzeń współpracownikom i tradycyjnym śledziku rozjechaliśmy się do domów.
Cieszyłem się zbliżającymi się świętami i wigilią, którą mieliśmy spędzić u teściów na wsi oddalonej ok. 10km wraz z małymi wówczas dziećmi, dla których była to wymarzona frajda. W takim przypadku żona nie robiła w domu żadnych wigilijnych przygotowań do kolacji.
Wracając z pracy ok. 15 tej, gdy podchodziłem pod swój blok, podjechał na motorowerze kierownik ogrodnictwa, oświadczając mi, że znów nastąpiła awaria zasilania i musi wygasić piece, Nie mogłem w to uwierzyć, ale zdałem sobie sprawę, czym to grozi i jakie możemy ponieść straty, jeżeli nie zabezpieczymy ciepła roślinom, a zbliżała się mroźna noc.
Podszedłem parę kroków do domu, powiadomiłem o sytuacji żonę, poleciłem jej zabrać dzieci i pojechać na wigilię, a ja miałem dojechać później. Była wściekła, ja też. Nie bardzo wierzyłem, że uda mi się dojechać na wigilię, gdyż nie miałbym, czym dojechać, a niewiadomy był termin usunięcia usterki. Złapałem pajdę chleba i pobiegłem ratować plony.
W tym czasie nie było tel. komórkowych, domowe też niewielu miało. Ludzie porozjeżdżali się na święta, nie mogłem nikogo z pracowników zastać, wiele adresów pracowników nie znałem. Brygada, która wykonywała roboty elektryczne była z innego odległego miasta. Udało mi się ubłagać prywatnie elektryka z ZE, o pomoc. Elektryk, dyżurny palacz ogrodnictwa, jakiś pracownik, kierownik ogrodnictwa i ja, przystąpiliśmy do usuwania awarii, które trwało do późnych godzin wieczornych. Wymieniliśmy nowy kabel zasilający, który niedawno założyli elektrycy, na poprzedni posiłkując go nowym. Była to prowizorka, która całą zimę się sprawdzała. Szczęście, że mogliśmy się podłączyć do rozdzielni znajdującej się w sąsiedniej zajezdni autobusowej. Po wszystkim okazało się, że wykonujący rano prace elektrycy, wieszając kabel elektryczny, owinęli go koło blaszanego komina odprowadzającego spaliny z kotłów. Gdy kotły były wygaszone i komin był zimny, wszystko było w porządku, po napaleniu opaliła się izolacja i nastąpiło zwarcie. Duże szczęście, że prąd nie poraził obsługi pieca. Często głupota ludzka nie zna granic, a cierpią na niej inni. Nie mieliśmy czasu się wtenczas zastanawiać się nad tym, ratowaliśmy jak strażacy dobytek.
Około 21,oo wróciłem wykończony do pustego domu. Żona z dziećmi pojechała na wigilię do swoich rodziców, ja o tej porze nie miałem, czym dojechać, a zresztą nie miałem już na to sił. Byłem wyziębnięty, głodny, i potwornie zmęczony. W domu nie znalazłem nic z potraw wigilijnych, więc jedynym wyjściem było zacząć potrawy świąteczne. Dopiero posiłek i kilka kieliszków spowodowało odprężenie i ulgę. Jednak poczułem żal, że tak świetnie zapowiadająca się wigilia była taka smutna i samotna. W moim życiu nie była to pierwsza wigilia poza domem i bez rodziny. Przeżyłem takie w wojsku, ale tamte odczuwało się inaczej, bo były planowane. Nie spodziewałem się wówczas, ze jeszcze gorsze przeżyję. Przysnąłem przed telewizorem i dopiero obudziła mnie żona, gdy przyjechała ostatnim autobusem około 23,3o, bez dzieci, bo one posnęły wcześniej u dziadków. Już bardzo długo tą wigilię pamiętam i na zawsze utkwiła mi w pamięci.
W tym przedsiębiorstwie pracowałem jeszcze jakiś czas, proponowano mi nawet stanowisko z-cy dyrektora ds. technicznych z warunkiem przystąpienia do PZPR, ale gdy nie wyraziłem na to zgody, przyjęto nowego, który opracowując zakres moich obowiązków, włączył w nie też swoje. Nie mogłem tego zaakceptować i odszedłem z firmy nie przyjmując warunków.
autor: upaheniek (na podstawie własnych przeżyć)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz