tytuły postów

wtorek, 17 stycznia 2012

Parę słów na temat moich blogów

Znudzony wolnym czasem i zachęcony przez znajomych do pisania zdecydowałem się na pisanie w sieci i mimo, że nie widzę zbytniego zainteresowania moją pisaniną, to uważam, że internet jest na tyle pojemnym śmietnikiem, że wszystko się w nim zmieści i wszyscy mogą do niego wrzucać co chcą. A dlaczego nie mógłbym i ja coś do niego dołożyć z bogatych własnych przeżyć i doświadczeń życiowych. Wiem, że większość blogerów, to młodzi ludzie i sprawy starszych ich nie interesują, lecz spotkałem się też z pozytywnymi opiniami.
Pierwsze blogi poświęciłem swoim przeżyciom związanych z moją chorobą rakową i swoimi odczuciami po wiadomości o chorobie, ale też mój stosunek do wydawało by się beznadziejnych sytuacji, którymi jakoś szczególnie się nie przejmowałem i podchodziłem do nich dosyć pogodnie i spokojnie. Tłumaczyłem sobie, że co ma być, to będzie, a ja nie jestem wyjątkiem. Starałem się w miarę spokojnie znosić cierpienie, widząc,że inni też cierpią może więcej i też znoszą to spokojnie i cierpliwie, natomiast często spotykałem ludzi, których niewielkie schorzenia urastały do niebotycznych rozmiarów i chcieli być traktowani jak ludzie, którym pierwszeństwo się należy, często kosztem innych. Najczęściej kończyło się to dla nich niezbyt korzystnie, gdyż personel zna potrzeby i grymasy pacjentów. Wiadomo, że bardzo dużo ludzi przebywa w szpitalach i cierpi, lecz pozytywne podejście do choroby pozwala lepiej ją znosić i zazwyczaj odnosi lepsze efekty, a wiara czyni cuda. Moim zdaniem każdy człowiek ma gdzieś tam zapisany swój los i czy będzie podchodził do swoje choroby negatywnie, czy pozytywnie czy negatywnie, to i tak go nie zmieni..Jednak pozytywne myślenie, pozwoli choremu i jego otoczeniu łatwiej znosić cierpienia. Przekonałem się o tym często przebywając w szpitalach i obserwując innych pacjentów.
Następne blogi kieruję do ludzi nagle i niespodzianie zmuszonych do spędzania świąt poza domem i rodziną. Wiadomo, bardzo dużo ludzi spędza samotne święta poza domem. Decyduje o tym, albo ich praca, albo ich własny wybór czy inne mniej lub bardziej przewidziane sytuacje.
Jednak najbardziej współczuję tym, którzy znajdują się w takiej sytuacji nagle i niespodzianie. Niestety, sytuacje takie zdarzają się bardzo często, czy to na skutek zdarzeń losowych, czy nagłych chorób i dotyczą one nas bezpośrednio, czy też musimy nieśc pomoc innym, lub ratować zagrożone mienie  czy zdrowie i życie. Ci, którzy niosą pomoc sobie lub innym nie mają czasu na analizę i rozpamiętywanie o mijających świętach, lecz gorzej jest tym, którzy przebywają w szpitalu, cierpią, lecz są przytomni, często samotni. A mieli takie wesołe i ciekawe plany spędzenia świąt z rodziną i bliskimi. Czasu do przemyśleń jest dużo, cierpienie też przedłuża i powiększa rozmyślenia. Dlaczego ja?

piątek, 13 stycznia 2012

Następne wesołe święta

W sierpniu 2000 roku mieszkając w małopolsce, potrzebowałem porobić badania specjalistyczne dla celów komisji ZUS i zmiany dawkowania leków nasercowych. W tym celu otrzymałem skierowanie do szpitala rejonowego w NS. Ponieważ odczuwałem bule wrzodowe żołądka, wykonano mi badania gastroskopowe żołądka z pobraniem wycinka. Badania his pat stwierdziły raka. Zostałem poddany operacji, gdzie dokonano resekcji żołądka, woreczka żółciowego, śledziony. Byłem dwukrotnie operowany, ze względu na pęknięcia szwów. Po jakimś czasie wytworzyła się przepuklina pępkowa. Do grudnia 2001 miałem kłopoty z układem pokarmowym, ale jakoś to przy pomocy leków tolerowałem.
W wigilię BN obudził mnie straszny ból brzucha. Stosowałem wszystkie dostępne środki do jego ograniczenia, lecz nic nie skutkowało, a z czasem było coraz gorzej. Miałem ciągłe wymioty i biegunki. Bałem się następne święta spędzać w szpitalu. Wieczorem trzeciego dnia świąt, żona wezwała lekarkę rodzinną, która natychmiast skierowała mnie do szpitala. Byłem osłabiony i odwodniony. Trzy dni zero jedzenia, a picie było ze mnie wyrzucane. W szpitalu zastosowano kurację wzmacniającą kroplówkami, odgórne i oddolne czyszczenie jelit. Kuracja nie przyniosła rezultatu, stwierdzono pełną niedrożność jelit i konieczność operacyjnego udrożnienia. Trwało to do 31 grudnia i w tym dniu wieczorem znalazłem się na stole operacyjnym. W nocy obudziły mnie śpiewy kolęd i Sylwestrowe odgłosy libacji, dochodzące z dalszych pomieszczeń. Stwierdziłem, że znajduję się sam na ojomie, a w ustach mam jakieś rury. Po jakimś czasie nad ranem przyszedł dyżurny lekarz, który uwolnił mnie z całej aparatury intubacyjnej. Gdy rano przybyły salowe, nakarmiły mnie zupą grysikową i herbatą, gdyż uważały, że miałem operację przepukliny i śniadanie mogę zjeść. Ja też nie wiedziałem, co na stole operacyjnym ze mną robiono. Gdy lekarz operujący dowiedział się o moim śniadaniu i oświadczył, że usunął mi 20 cm jelita, natychmiast zlecił następne płukania wnętrzności. Wieczorem przeniesiono mnie na ogólną salę. Leżałem jeszcze kilka dni na diecie, a gdy w przeddzień mojego wyjścia, nakarmiono mnie, bóle brzucha powróciły. Zrobiono jeszcze zdjęcia RTG jelit i wypisano mnie do domu. W domu wytrzymałem trzy dni, odczuwałem ból w klatce piersiowej i wcale nie mogłem się położyć. Znów lekarka pilnie skierowała mnie do szpitala na oddział wewnętrzny. Mimo pory nocnej, lekarz dyżurny, zastosował punkcję i wypompował 1,5 litra płynu z opłucnej. Następnie leczono wszystko wzmożoną kuracją antybiotykową. Leżałem jeszcze dwa tygodnie w szpitalu, ale jakoś się wykaraskałem.
autor: upaheniek

Święta w szpitalach

W 1980 roku złamałem nogę tuż nad kostką, piszczel i strzałkę. Tak mnie ortopedzi leczyli, że prawie rok miałem ją w gipsie. Najpierw złożyli ją komputerowo, a gdy nie było zrostu w półrocznym gipsie i rehabilitacji stawów po około roku złożono ją operacyjnie za pomocą płytki i śrub stalowych, które powinny być wyciągnięte po trzech latach. Mnie się jednak nie spieszyło, ale z czasem odczułem niepożądane, skutki zespolenia. Ponieważ prowadziłem własną działalność gospodarczą i miałem ograniczone, możliwości czasowe, zaniedbałem zespolenie, jednak musiałem je usunąć.
 Poprzez siostrę, która pracowała, jako pielęgniarka, umówiłem się ze znajomym chirurgiem ze szpitala górniczego w B. oddalonego o 200km od miejsca zamieszkania, na 14 grudnia 1987roku. Leczenie miało trwać 3 dni i na święta miałem być w domu. Operacja przebiegła nie najlepiej, gdyż były pewne problemy z wykręceniem śrub po tylu latach. W trzecim dniu po operacji, gdy po zdjęciu opatrunku, okazało się, ze noga zrobiła się czarna, musiałem pozostać w szpitalu na święta. Następnego dnia miałem wyjść do domu, ale rzeczywistość była inna.
 Okazało się, że na święta zostałem sam na całym oddziale. Oprócz pokarmów 3 x dziennie dostawałem po dwa antybiotyki w zastrzykach. Owszem, odwiedzała mnie dalsza i bliższa rodzina w miarę swoich możliwości, ale poza odwiedzinami byłem sam. Na szczęście intensywna terapia się powiodła i nogę udało się uratować. Ze szpitala wypisano mnie 30 grudnia, a szwagier odwiózł mnie do domu. Byłem szczęśliwy, że jestem już w domu ze swoimi i Nowy Rok powitamy razem. Byłem jednak w błędzie.
Następnego dnia serce przypomniało o sobie. Interwencja lekarza pogotowia ratunkowego nie przyniosła skutku, a wezwana powtórnie karetka, dostarczyła mnie na Ojom szpitala miejskiego w D. W 1984 przeżyłem tam zawał serca. Tym razem było lepiej, bo miałem tylko stan przedzawałowy. Jednak Sylwestra i kilka dni stycznia spędziłem pod pompami infuzyjnymi na ojomie. Cieszyłem się, że jestem na swoim terenie i miałem bliższy kontakt z rodziną.
Autor: upa heniek