tytuły postów

piątek, 19 kwietnia 2013

Święta BN 2012r- co jeszcze mnie czeka?

Po dłuższym czasie swojego milczenia na blogu, po moich wywodach o pechowych świętach nie zauważyłem zainteresowania,  liczyłem, że nic gorszego nie może mnie już spotkać. Jakże się myliłem. Ostatnie święta przebiły wszystkie poprzednie. Jak los może być okrutny, opiszę pokrótce.
Jest czwartek 20 grudnia i zaczyna się normalny dzień przedświąteczny. Żona rano idzie po zakupy, ja przygotowywuję się do wyjazdu na rechabilitację nogi, którą uszkodziłem w lesie, przy zbieraniu grzybów.
Żona wychodzi jeszcze do piwnicy po ziemniaki i przetwory na święta. Ja wyjeżdżam z domu ok 11tej i wracam po zabiegach i załatwieniu kilku spraw ok 14tej. Żona leży na wersalce, mówi abym dokończył obiad, bo ona trochę źle się poczuła, wzięła tabletki przeciwbólową i rozkurczową, a boli ją w okolicy woreczka żółciowego promieniująco do kręgosłupa, oraz ma torsje. Podejrzewaliśmy woreczek na który nieraz się skarżyła, ale jeszcze nie wymagał opercji. Po południu kilka razy wychodziła do łazienki, przygotowałem jej napary z rumianku, no-spę, rapacholin, gdyż tak wyczytałem w internecie, lecz jej żołądek nie przyjmował ani płynów, ani tabletek. Chciałem wezwać pogotowie, ale zdecydowanie odmówiła i obiecała rano iść do lekarza. Zaopatrzyłem ją noc w potrzebne przedmioty, położyłem się w drugim pokoju, oglądałem telewizję dosyć długo. Idąc spać zajrzałem do niej i stwierdziłem, że śpi sam też się położyłem spać w drugim pokoju.
Około pierwszej w nocy obudził mnie huk i wyskoczyłem z pokoju. Zobaczyłem zemdloną żonę leżącą na podłodze. Zacząłem ją cudzić wodą z łazienki, nabierając wodę w garść, a gdy poprosiła o więcej, chlusnąłem jej większą ilość, garnuszkiem wody, który przyniosłem z kuchni. Nic więcej sam nie mogłem zrobić. Cudząc jednocześnie dzwoniłem po sąsiadkę, którą po kilku minutach dobudziłem i za chwilę przyszła. w tym czasie wezwałem  pogotowie, które przyjechało po ok. 35minutach(10 km,czarne drogi, puste ulice). W tym czasie żona przychodziła do siebie. Przy naszej pomocy usiadła i przenieśliśmy ją na wrsalkę, przygotowaliśmy jej rzeczy do szpitala. Pogotowie na szczęście przyjechało z lekarką i gdy żona ich zobaczyła, zemdlała ponownie. Przenieśli ją z powrotem na podłogę i na dywaniku rozpoczęła się  reanimacja. Zastrzyki, kroplówki, sztuczne oddychanie na zmianę, monitor. Przez przeszło dwie godziny ratownicy i lekarka robili co mogli. Ja na to patrzyłem trzymając w obu rękach kroplówki. Lekarka widząc naszą bezsilność, poradziła wezwać księdza. Sąsiadka poleciała dzwonić na plebanię, a następnie z córką pojechały po niego, lecz dzwonkami też się nie dodzwoniły, pomimo, że mieszka tam trzech księży, żaden się nie odezwał. Według lekarki nastąpiło zatrzymanie akcji serca, mimo iż nigdy na serce nie chorowała ani się leczyła. Nie wiadomo  co było przyczyną zgonu, a na sekcję zwłok nie wyraziłem zgody, bo życia to by jej nie przywróciło, a kłoptów byłoby mnóstwo ze względu na  zbliżające się w święta. Przyjechał wezwany brat z bratową i pomogli ogarnąć ciało i rano zwłoki zostały odwiezione do chłodni a ja zostałem sam z bolącą nogą załatwiać formalności i spędzać znów samotne święta. 
Najwięcej problemów miałem z załatwieniem mszy za jej duszę, bo nie możliwe stało się spotkanie z proboszczem, a gdy dowiedział się, że ciało w porozumieniu z córką wywozimy 400km, to już z mszą żałobną wynikły kłopoty. Córka w jej miejscowości załatwiała uroczystości pogrzebowe, a ja na miejscu też miałem co robić. Moje zdrowie też wymagało lekarza lub szpitala, ale rodzinnego znającego moje choroby nie było na miejscu, więc ratowałem się czym miałem. Świeta spędziłem samotnie, jedynie krótkotrwałe odwiedziny rodziny i rozmowy z córką przez skeypa je upiększały. Pierwszy dzień po świętach pojechałem karawanem ze zwłokami podratowany jedynie lekami jakie mogli mi sprzedać w aptece bez recepty. Po pogrzebie wróciłem do pustego domu, aby załtwiać dalsze sprawy. Sylwestra i Nowy Rok spędziłem samotnie, a nad ranem zabrało mnie pogotowie, aby na SORze podreperować moje zdrowie. Obecnie po 45 latach małżeństwa uczę się żyć samotnie i dziwi mnie tylko jedno: dlaczego ludzie, którzy nie chorują prawie całe życie, a przynajmniej na choroby zagrażające, a tacy jak ja, którzy już wszystkie limity w chorobach wykorzystali muszą się dalej męczyć? Po ostatnich świętach, które spędziłem u córki przywiozłem sobie ładnego guza węzłow chłonnych na szyi i będzie to ten trzeci rak, który mnie ciągle atakuje i teraz mu się to uda skutecznie, ale za jakie cierpienia. Dowiem się tego zakilka minut, bo idę po wyrok do lekarza. Może go uprzedzić? Ale jedno życie miałem spieprzone, to spieprzyć to drugie jeśli takowe istnieje.